Równość i wolność. Instrukcja obsługi

Każde tzw. społeczeństwo demokratyczne żyje w napięciu pomiędzy dwoma biegunami: równością i wolnością. Krucha równowaga tych dwóch sił jest nieustannie łamana na rzecz pierwszej lub drugiej, co kończy się zazwyczaj spektakularnymi kryzysami. Jakie zagrożenia wynikają z tego napięcia? Czy demokracja wybiera wolność, czy równość? Pomyślmy.

Gdzie liberté, a gdzie égalité?

Jeśli uważnie przyjrzymy się historii różnych cywilizacji, to wspomniane wartości – równość i wolność – w każdej z kultur jakoś się przejawiały i konkurowały ze sobą, a złapanie balansu, który byłby zadowalający dla obu z nich okazywało się niemożliwością.  Gdy ludzie domagali się większej równości ZAWSZE rezygnowali wówczas z wolności – praw do tego lub tamtego. Natomiast gdy wstawiali się za wolnością – np. od jakoś przymusu – to byli w stanie poświęcić postulat równości wszystkich ludzi. Czy to oznacza, że wolność jest odwrotnością równości? Zaprzeczeniem? Jaka relacja je łączy?

Po pierwsze, trzeba zaznaczyć, że wolność jest podstawą wolności – to znaczy, że równość (odpowiednio rozumiana) zakłada wolność człowieka. No bo jakże można by żądać równości np. w strajkach/mediach gdyby nie wolność, która uprawnia do strajkowania lub wolnych mediów? Podkreślmy więc – nie można bez wolności żądać równości.

Sporo jednak zależy od tego jak równość pojmujemy. „Wszyscy jesteśmy równi” można rozumieć jako podobieństwo, identyczność wszystkich ze wszystkimi, co tworzy z nas jednorodną masę o tych samych poglądach, pomysłach i potrzebach. Wtedy jakakolwiek wolność jest zaprzeczeniem tej równości, bo dopuszcza różnorodność, wielość, pluralizm – wszak mamy różne talenty, różne potrzeby, różne wizje świata, a tej różności równość-identyczność nie może zaakceptować.

Dwa rodzaje równości

Istnieje jednak inne rozumienie równości, zgoła inne od „identyczności”. Możemy również definiować równość jako sprawiedliwość – „wszyscy jesteśmy równi wobec prawa i siebie nawzajem”. Nie zrównuje to naszych indywidualnych cech i umiejętności, lecz stawia nas na jednym poziomie moralnym – uznajemy więc, że każdy jest wolną i godną szacunku istotą. Znaczy to po prostu, że jako punkt wyjścia tej równości wszystkich ludzi obiera się właśnie indywidualną wolność. W ten sposób jeszcze wyraźniej widać, że wolność jest podstawą równości.

Choć wyższość tego drugiego rozumienia równości nad pierwszym wydaje się oczywista, to poświęcimy temu jeszcze chwilę. Zauważmy, że równość jako sprawiedliwość pozwala człowiekowi zwalczać zarówno nieusprawiedliwione nierówności (np. wykorzystywanie biednych przez bogatych) jak i nieusprawiedliwione równości (wtedy gdy tłum postanawia zrównać wszystkich wedle własnego „widzi-mi-się”). Dzięki takiemu rozumieniu równości możemy występować przeciwko jednemu jak i drugiemu ponieważ gwałcą lub zagrażają one wolności innych ludzi (a więc i naszej). Stawiając więc wolność jako punkt wyjścia równości traktujemy tę drugą jako rozszerzenie zasad wolnościowych – wcielenie praw wolności w życie społeczne.

Dodam jeszcze, że równość rozumiana jako identyczność rodzi spore problemy nie tylko dlatego, że gwałci wolność, ale też dlatego, że wymaga ciągłej redystrybucji dóbr – to z kolei odsyła nas do pytania jak sprawiedliwie zabrać tym, którzy mają i rozdać tym, którzy nie mają? Dotykamy tutaj wielkiego problemu etycznego, ekonomicznego, politycznego i społecznego. Decydując się bowiem na redystrybucję próbujemy zastępować mechanizmy dystrybucji rynkowej przez interwencję polityczną, żeby wyrównać te nierówności, które właśnie rynek sam stworzył. Mało by mówić o tym, że redystrybucja nie załatwia wcale sprawy, depersonalizuje i osłabia pomoc (przez jej urzędowy charakter). Równość musimy rozumieć jako sprawiedliwość – czyli równość na poziomie moralnym.

Równość komunistyczna czy kapitalistyczna?

Zastanówmy się teraz jak się mają te abstrakty do ustrojów ekonomicznych. Przyjrzymy się Rosji w jej obecnej lub wcześniejszej, radzieckiej odsłonie. Jak na dłoni widać, że to, co miało być krainą szczęśliwej równości, gdzie „równość” była wyniesiona na piedestał i okrzyknięta wyższym wcieleniem wolności wcale takim szczęśliwym miejscem nie jest. Najbardziej rzuca się w oczy spolaryzowane społeczeństwo – grupa nieuczciwych szczęśliwców u władzy i nieprzeliczone rzesze biedaków, dla których czasownik „żyć” oznacza tyle co „ciężko pracować”. Te najbardziej jaskrawe nierówności można zauważyć w krajach dotkniętych komunizmem i socjalizmem, gdzie hasło równość powiewa na każdym sztandarze. Oczywiście o obecności choćby minimalnej wolności nie ma co nawet wspominać. Widać więc, że równość postawiona na pierwszym miejscu zarówno gwałci wolność, jak i przynosi nierówności.

Dla porównania w kapitalizmie pozostaje faktem, że wielość pracodawców pozawala pracownikowi na odejścia i powroty – niezadowolenie z pracy lub usługi może skutkować zmianą pracodawcy lub sprzedawcy. Natomiast, gdy istnieje jeden pracodawca w ogóle nie ma mowy o zmianie. Gdyby więc krytycy kapitalizmu choć trochę troszczyli się o spójność swoich poglądów, musieliby przyznać, że kapitalizm uciska ludzi wtedy, gdy kapitaliści łączą się w jeden organ – gdy powstaje przymus monopolu, czyli po prostu komunizm. Co więcej, można dodać, że wolność w tym ustroju jest uchroniona dodatkowo tym, że władza polityczna jest oddzielona od władzy gospodarczej (którą mają inwestorzy), co jest dodatkową okolicznością chroniącą wolność jednostek.

Pokazaliśmy więc, że równość powinna być rozumiana jako sprawiedliwość oraz że równość społeczna opiera się na wolności jednostek, która jest wobec niej pierwotna i podstawowa. Warto też zauważyć, że w imię równości dużo łatwiej można uciskać innych – co pokazała historia – aniżeli w imię wolności (gdy mi przysługuje wolność, to przysługuje ona też innym – nie mogę więc w imię wolności naruszać cudzej wolności). Możemy więc zawrzeć nasze dotychczasowe rozważania w jednym zdaniu: wolność jest probierzem skuteczności sprawiedliwej równości w społeczeństwie.

Warto także zaznaczyć, że wolność wcale nie wymaga równości – przykładem tego mogą być Średnie Wieki, gdzie funkcjonowała wolność osobista lub wolność handlu nie implikując jednak równości wszystkich członków społeczeństwa. Zatem równość (jako sprawiedliwość) wymaga wolności, ale wolność nie wymaga równości. Mając to na uwadze postawmy teraz kluczowe pytanie: jak trzeba rozumieć wolność i równość w społeczeństwie demokratycznym?

Największe zagrożenie demokracji – równość

Zazwyczaj demokracja jest uważana za system oparty na wolności jednostki, gdzie właśnie wartość wolności jest wartością nadrzędną. Ta intuicja jest niespodziewanie trafna. System zbudowany jest na wolności, a ta wynika z pewnej prawdy o człowieku – tej mianowicie, że przysługuje mu godność. Na tej podstawie w demokracji ustanawia się równość ludzi. Jednak ta sama równość jest dla niej największym niebezpieczeństwem, co daje się łatwo zaobserwować w dzisiejszych społeczeństwach demokratycznych.

Ponad dwieście lat temu pewien francuski myśliciel Alexis de Tocqueville proroczo stwierdził, że społeczeństwo demokratyczne są i będą najbardziej kuszone ideałem równości absolutnej – równości wszystkich ze wszystkimi – kosztem wolności, na której samo są zbudowane. Dzieje się tak dlatego, że równość jest dużo łatwiejsza do zrozumienia i zaobserwowania niż abstrakcyjna wolność, którą dopiero przez refleksję i upływ czasu można docenić. Jednak gdy coraz większą władzę zaczynają sprawować masy (dla których pogłębiona refleksja nad człowiekiem nie jest częstą praktyką), to cała kultura, prawo, czy nawet sztuka zmierza do zrównania w sensie ujednolicenia. A to dzieje się właśnie kosztem wolności. W ten sposób społeczeństwo uparcie zmierza ku równości z właściwą dla mas gwałtownością, przez co nie tylko porzuca wolność, ale – jak pokazaliśmy wcześniej – w rezultacie traci także równość.

Drugim niebezpieczeństwem wynikającym z przecenienia równości w demokracji jest tzw. tyrania większości, czyli coś, co przejawia się w kulcie przeciętności, zaniku wybitnych indywidualności, braku autonomiczności jednostek i zależności intelektualnej i moralnej od ogółu ludzi. Człowiek, wówczas stwierdza, że jest równy każdemu spośród współobywateli. Gdy porównuje się jednak z otaczającą go zbiorowością, własna niemoc i słabość go przytłaczają. I tak równość, która czyni go podobnym do innych, przynosi mu bezradność i osamotnienie. Dlaczego? To bardzo proste.

Pojedynczy człowiek nic bowiem w tej demokracji nie znaczy. Tocqueville pisze: „niezaprzeczalnym faktem jest, iż demokracja zapewnia wszystkim równość, jakiej ludzie nie znali dotychczas, niepostrzeżenie jednak pozbawia ich wolności, jaką się poprzednio cieszyli”.

To, co leży u podstaw tzw. dyktatury większości to przyjęte założenie, że im więcej ludzi coś uważa, tym bardziej jest to trafne. Takie przełożenie ilości nad jakość ma nie tylko wpływ na np. popkulturę, ale oddziałuje na wszystko: moralność, religię, prawo, ekonomię itp. Każde takie intelektualne panowanie większości zakłada, że duża grupa ludzi ma więcej wykształcenia i autorytetu niż jeden człowiek – innymi słowy, że liczba prawodawców jest ważniejsza niż nich jakościowy dobór. Innymi konsekwencjami zastosowania tej zasady równości do rozumu są: konformizm opinii, niestabilność prawa, eliminacja jednostek wybitnych z życia publicznego, arbitralność i samowola urzędników. Przykładów nie brakuje – wystarczy się rozejrzeć i połączyć kropki, jak mówił Włodek Markowicz.

Podsumowując, omawiany tu problem polega na wszechwładzy ludu, a ta gdziekolwiek skupiona jest niebezpieczna i tylko jakaś istota nadludzka może ją posiadać. Inaczej jest to po prostu Droga do zniewolenia (podobnie nazwał jedną ze swoich książek Friedrich von Hayek). Bowiem jakikolwiek człowiek, urząd, społeczeństwo, choćby nie wiem jak wspaniałe i roztropne, gdy jest wszechwładne zawsze doprowadzi siebie do jakiejś tyranii. Antynomia równości i wolności w demokracji polega na tym, że nie można pogodzić niezależności osoby z równością dążącą do coraz większej unifikacji – równości polegającej na zlaniu się w jednorodną masę, w której nie ma miejsca na wolność i odrębność poszczególnych jednostek. Demokracja bez strażników wolności nieuchronnie doprowadzi samą siebie do swojego przeciwieństwa – scentralizowanej władzy kilku osób, które (pośrednio lub bezpośrednio) będą decydować o tym, co jest dobre, prawdziwe, piękne i sprawiedliwe dla wszystkich.

Jak żyć, Panie Premierze?

Czy można chronić demokrację przed niebezpieczeństwami? Jak? Istnieje, w moim mniemaniu, droga uratowania ideału liberalnego, którą zaproponowali myśliciele niemieccy Wilhelm Röpke i Walter Eucken, nazywana też ordoliberalizmem.

Oprócz zachowania podstawowych praw i wolności jak: wolność prasy, stowarzyszeń, praw jednostkowych i decentralizowania władzy konieczne jest także głębokie zrozumienie i poszanowanie natury człowieka. I choć brzmi to jak janopawłowy frazes, to niesie za sobą naprawdę wielkie znaczenie. Jeśli nareszcie zrozumiemy, że człowiek jest istotą godną i wolną, to będziemy zmuszeni uznać po pierwsze, że absolutne mogą być tylko prawa człowieka, a nie jakakolwiek władza oraz po drugie, że granice nietykalności ludzkiej nie są wybrane arbitralnie lub „bo tak się umówiliśmy”, lecz wprost wynikają z natury ludzkiej i nie można ich ani unieważnić, ani przegłosować.

Co więc pokazaliśmy? 1) Równość może wspomagać wolność (równość jako sprawiedliwość), ale może też jej szkodzić (jeśli uważamy ją za identyczność); 2) W społeczeństwie demokratycznym istnieje antynomia pomiędzy wolnością i równością; 3) Ochrona demokracji przed dyktaturą większości jest możliwa przez zachowanie kilku minimalnych warunków opartych na wolności i godności człowieka.

1 komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *