Pieniądze szczęścia nie dają, i co jeszcze?

[Artykuł ukazał się magazynie bizsnesowym TB „Merkuryusz”.]

Czy można jeszcze powiedzieć coś odkrywczego o szczęściu? Czy tak bogate i wieloznaczne pojęcie podlega jakiejkolwiek analizie? Cóż, na pewno możemy powiedzieć, czym szczęście nie jest, a stąd moża uda się wywnioskować czym tak naprawdę jest.

Zaczniemy więc od popularnych błędów w pojmowaniu szczęścia, a potem spróbujemy powiedzieć o nim coś wprost.

Pułapka pierwsza: utożsamienie szczęścia  z przyjemnością.

Człowiek, który z natury pragnie szczęścia, całą swoją energię będzie angażował wszystkie swoje działania i siły na dostarczeniu maksymalnej przyjemności. To właśnie mówią nam reklamy – zdobądź ten produkt, a to da Ci przyjemność, no a przecież przyjemność gwarantuje szczęście – będziesz więc szczęśliwy tak, jak aktorzy w naszych reklamach!

produkt → przyjemność = szczęście

Przyjemność może prowadzić do szczęścia (pracoholikom i perfekcjonistom zaleca się nawet zażywanie małych przyjemności), bo pomaga im to wejść w chwilę teraźniejszą i zapomnieć o bieżących zadaniach i pracy. Przyjemność może więc prowadzić do szczęścia, ale często nie musi. Szczęście jest niezależne od przyjemności – można być szczęśliwym, nie doświadczając przyjemności i można być nieszczęśliwym, doświadczając przyjemności. Czego to dowodzi?

Tego mianowicie, że przyjemność nie zaspokaja człowieka i że błędem jest utożsamianie go ze szczęściem. Ludzie, którzy całe życie spędzają na tym, żeby pomnażać ilość przyjemności prędzej czy później spotykają się z podwójnym rozczarowaniem: po pierwsze, sens swojego życia ograniczają do pozyskiwania przyjemności; po drugie, naturalną składową życia są nieprzyjemności, które są nie do uniknięcia, zatem ich wysiłki nigdy nie przynoszą zadowalającego skutku.

Co więcej, skupianie się na przyjemności to również unikanie trudu – a oczywiste jest, że wszelki rozwój przychodzi właśnie przez trud. Zatem człowiek, który żyje dla przyjemności po prostu karłowacieje. Drogą do naszego szczęścia jest rozwój – nie zawodowy, fizyczny lub jakiś jeszcze, ale rozwój całościowy. Jeśli szukany tylko przyjemności, to uciekamy od trudu, a wtedy uciekamy od rozwoju i postępujemy wbrew własnej naturze, która popycha nas właśnie do rozwijania się.

Błąd drugi: próba osiągnięcia szczęścia na drodze działania zewnętrznego

Tutaj mamy do czynienia ze skrajnym aktywizmem: ludzie organizują świat dookoła siebie, próbują podporządkować sobie swoje otoczenie, ludzi, instytucje itp. Moglibyśmy powiedzieć, że może 0,1% tych ludzi się to udaje i odnoszą „wielki sukces”: są niezależni finansowo, mają władzę, są sławni, podziwiani i wysportowani. Może warto więc starać się być w tej elitarnej grupce?

Niewarto. Z dwóch powodów: po pierwsze, najprawdopodobniej nie rozbijemy kasyna i nie staniemy się potężnymi, sławnymi biznesmenami, wokalistkami lub naukowymi geniuszami. Jeśli więc nam się to nie uda, a rachunek prawdopodobieństwa na to wskazuje, to zrodzi to w nas frustrację i zazdrość – jednym słowem, mamy dużo do stracenia.

Po drugie, gdy przyjrzymy się temu 0,1% ludzi, którzy odnoszą sukces przez wielkie „S”, to zobaczymy, że również oni nie są szczęśliwi – nierzadko wspominają o tym, że ważna tak naprawdę jest rodzina, spokojne i uczciwe życie, bycie sobą, wyższe wartości, życie duchowe etc. Przykładów takich ludzi nie brakuje.

Rozważymy jeden tylko przypadek – Steve Jobs, powszechny autorytet w odnoszeniu wielkich sukcesów – w 2005 podczas wykładu w Stanford podzielił się ze słuchaczami tym, że kiedy osiągnął to, co dla sporej części ludzi może oznaczać „spełnienie marzeń” wcale nie czuł się szczęśliwy. Wręcz przeciwnie. A stojąc na progu śmiertelnej choroby zobaczył, że pominął w życiu to, co naprawdę ważne: budowanie relacji, poznawanie siebie i świata, a nade wszystko bycie sobą i miłość.

Ten przykład tylko ilustruje moją intuicję: często zdarza się, że próbujemy budować swoje życie w ten sposób, aby przynosiło nam szczęście – szczęście, które błędnie utożsamiamy z emocjami. Mówi się, że szczęście jest wtedy, gdy czujemy się dobrze, nic nam nie zagraża, a my możemy robić co chcemy. To poważny błąd. Takie przejściowe uniesienie emocjonalne lub święty spokój mało mają wspólnego z przeżywaniem szczęścia. Można być szczęśliwym w niedostatku, cierpieniu, a nawet w chwili śmierci. Szczęście w głównej mierze zależy od tego, co wewnątrz nas, nie na zewnątrz.
Życie spędzone na zabieganiu o dostatnie i spokojne życie wcale nie daje szczęścia – daje tylko pozory szczęśliwości.

Wyznacznikiem tego, czy jest się naprawdę szczęśliwym jest poczucie spełnienia, które nie jest przyjemnością, dostatkiem, ani świętym spokojem. To spełnienie często weryfikuje się w perspektywie śmierci lub – mówiąc językiem mędrców – w doświadczeniu marności i przemijania tego świata. Wówczas możemy ocenić, czy to, o co zabiegamy jest naprawdę wartościowe.

Błąd trzeci: poszukiwanie szczęścia z pominięciem człowieka

Ostatnia pułapka polega na tym, żeby samemu zdobyć szczęście. Opiera to się na założeniu, że jesteśmy całkowicie autonomicznymi indywidualnościami, którym przede wszystkim zależy na swoim zadowoleniu lub przetrwaniu. Żyjąc sami jesteśmy odpowiedzialni tylko za siebie, możemy zaplanować sobie całe własne życie i zabiegać tylko o swoje interesy.

Zaś drugi człowiek zawsze wprowadza w nieład do naszego świata, bo jest czym elementem, nad którym nie mamy lub, mówiąc jezykiem logiki, jest niewiadomą, której nie znamy. Inny człowiek myśli i żyje inaczej ode mnie – zagraża więc mojemu własnemu światu. Oprócz planów i poglądów, różnimy się swoimi potrzebami, które w relacjach międzyludzkich trzeba uwzględniać. Właśnie dlatego francuski myśliciel, Sartre twierdził, że Drugi to piekło.

Jak łatwo się domyślić lub zaobserwować, życie przeżyte tylko dla siebie i tylko ze sobą jest życiem bardzo smutnym i na pewno nieszczęśliwym. Jednym z najważniejszych pragnień człowieka są relacje – budowane w wolności i miłości. Dlatego szukanie szczęścia samemu i dla siebie nigdy nas do szczęścia nie zaprowadzi.

Czym więc jest szczęście i jak je osiągnąć?

Jak już wspomniałem, o własnym szczęściu możemy się przekonać, gdy doświadczamy poczucia sensu i spełnienia w naszym życiu. Towarzyszy nam wówczas pewien spokój wewnętrzny (tzw. pokój serca), czyli głęboka zgoda z tym, kim jesteśmy i co robimy. To jest warunek konieczny, jednak moim zdaniem ciągle niewystarczający.

Aby w pełni przeżywać szczęście nie wystarczy tylko wyzwolenie od ułud szczęścia i akceptacja siebie. Potrzeba czegoś jeszcze – miłości, misji kochania. Kiedy kochamy, to nie tylko mamy poczucie sensu, pokój serca, ale także rozwijamy się na wszystkich poziomach natury ludzkiej. Im bardziej kochamy, tym bardziej uwalnia się szczęście. Jest więc szczęście efektem ubocznym miłości.

Postawiona tutaj hipoteza, jakoby miłość miałaby być gwarantem szczęścia, wydaje mi się być uzasadniona nie tylko wewnątrz chrześcijańskiego oglądu świata, ale wobec całego doświadczenia ludzkiego (czyli także buddyjskiego, czy „naukowego”). Można ją podsumować następująco: jeśli kochamy i jesteśmy kochani, to przeżywamy harmonię ze sobą i światem, bardziej uważnie przeżywamy nasze życie oraz rozwijamy się – a to właśnie wyzwala w nas szczęście.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *