Czy racjonalista może być religijny?

To pytanie słyszę bardzo często: jak ty, będąc filozofem, ceniąc sobie rozum i argumentację, możesz uznawać religijne dogmaty? Zawsze zwracam uwagę, że za tym pytaniem ukryte są dwa założenia, które pytający sami dogmatycznie przyjmują: że wiara religijna jest sprzeczna z nauką (1) oraz że nie ma żadnych racjonalnych przesłanek za przyjęciem wiary w Boga (2). Otóż, pierwsze to bzdura, która się ciągnie się jeszcze od Oświecenia, a drugie właśnie weźmiemy na warsztat. Zatem, gwoli ścisłości sformułujmy moją tezę tak: „racjonalizm może prowadzić do wiary religijnej” (choć wcale nie musi).

No dobrze, ale kim jest racjonalista? Bo przecież każdy jakoś tam próbuje postępować racjonalnie. I cóż znaczy „bycie religijnym”? To trzeba będzie ustalić na samym początku

Przez racjonalizm rozumiem stanowisko, które głosi, że ludzie mogą poznawać świat dzięki rozumowi lub przez nauki empiryczne i matematyczne. Racjonalista przyjmuje za wiedzę takie stwierdzenia, które są dostatecznie uzasadnione. Polska Wikipedia sugeruje nawet, że racjonalizm ex definitione jest przeciwny wierze religijnej, gdyż ta żadnych uzasadnień nie ma. Tym ciekawej dla naszych rozważań. Dla sprostowania dodam tylko, że racjonalizm nie zakłada wiary w naukę (to jest raczej scjentyzm), lecz raczej wiarę w rozum.

W skrócie, przez określanie czegoś racjonalnym będę miał na myśli to, że przemawiają za tym racje, które są zrozumiałe i akceptowane przez innych tzn. nie trzeba mieć jakiegoś wewnętrznego objawienia, żeby je przyjąć, lecz wystarczy tylko użycie tej maszynki, którą nazywamy rozumem.

Natomiast przez wiarę religijną będę rozumiał nie samo tylko uznanie jakiegoś stwierdzenia za prawdziwe („Istnieje Bóg”, „Mahomet był świętym prorokiem” lub „Jezus Chrystus umarł i zmartwychwstał”), lecz trochę więcej niż to. Wiara będzie znaczyć całkowite i osobiste zaangażowanie w przeżywanie wiary (np. przez uczestnictwo w rytuałach).

W prostych słowach, chodzi o to, że człowiek, który w coś wierzy (np. w to, że trzeba pomagać biednym i chorym) naprawdę żyje tak jakby to było prawdą (np. poświęca część swoich funduszy i czasu na pomoc). Wiara religijna nie jest więc akceptacją jakiejś tezy w abstrakcie, ale czymś, w co człowiek angażuje się całym sobą (lub podejmuje próbę zaangażowania się).

Mając jasno określone definicje, przejdźmy teraz do dowodu. Przebiega on bardzo prosto:

Założenie 1. Wszelkie ateistyczne światopoglądy, czyli takie, które negują obecność Boga, życie po śmierci (np. w wykonaniu Dawkinsa, Sartre’a, Marksa itp.), nie są adekwatne do doświadczenia ludzkiego. Aby to uzasadnić wystarczy zauważyć, że:

1.1. Sama nauka nie potrafi opisać, ani wyjaśnić wielu podstawowych wydarzeń ze świata, które bada (np. fizyka, biologia lub psychologia). Podam tylko jeden, podręcznikowy przykład ograniczenia nauki: z równań fizyki Einsteinowskiej wynika, że aby nasza Galaktyka działała tak, jak działa aktualnie konieczne jest aby było w nim dużo więcej materii, niż jesteśmy w stanie opisać (materia, o której istnieniu wiemy i którą badamy to zaledwie 15% materii, która w naszym Wszechświecie jest). Czym jest pozostała część (czyli 85%)? (Fizycy nazwali ją czarną materią.) A ile jest nadal jest nierozwikłanych zagadek w tych 15%?
Mnóstwo: ciągle mamy problemy z wyjaśnieniem fundamentalnych dla nas kwestii: np. czym jest świadomość lub skąd się wzięło życie. Stoimy przed nieprzeliczoną ilością zagadek bez odpowiedzi, o które nauka nawet nie wie jak zapytać, a co dopiero udzielić odpowiedzi. Dlatego ograniczanie się do samej tylko nauki w wyjaśnianiu świata jest wielką (i szkodliwą) redukcją.

1.2. Nauka i technologia bardzo słabo radzą sobie z tym, żeby zapewnić nam szczęśliwe życie. Pomimo technologicznego skoku, którego jesteśmy świadkami w ostatnich latach, to nadal najbardziej odkrywczym i efektywnym medykamentem jest penicylina. Wciąż umieramy, chorujemy, cierpimy, przeżywamy zawody, musimy ciężko pracować żeby przeżyć itp. Podobnie mało nauka mówi o tym, jak budować zdrowe i dobre relacje z ludźmi (niewątpliwie najważniejszy czynnik w byciu szczęśliwym), jak rozwiązać problem wojen lub głodu albo jak zbudować mądre i dobrze rozwijające się społeczeństwo.

1.3. Sama nauka, a także wiara w nią (tzw. „naukowe” ideologie) nie potrafią zapewnić sensu życia człowiekowi. Nauka nie potrafi zmierzyć się z najważniejszymi dla człowieka problemami: przemijaniem, starzeniem się, umieraniem lub cierpieniem. Żadne wyniki naukowe, ani dorobione do nich ideologie naukowe nie są zdolne do powiedzenia czegokolwiek zadowalającego w tej kwestii. Co więcej, nie tylko nie potrafią wyjaśnić tych zdarzeń w przekonujący dla człowieka sposób, ale dostarczają źródła siły i nadziei do radzenia sobie z tymi – najbardziej dotkliwymi dla człowieka – wydarzeniami. Jeśli bowiem przyjmiemy, że wzięliśmy się z plamki, która przez przypadek ewoluowała do obecnej postaci (wspomnę tylko, że prawdopodobieństwa zajścia warunków adekwatnych do rozwinięcia się życia jest bliskie zeru, co raczej skłania do wniosku, że „coś/ktoś za tym stoi”). Czy perspektywa przypadkowego zaistnienia może zapewnić sens życiu, które przeżywamy? (Wymowna cisza.)

Założenie 2. Wiara religijna lepiej opisuje doświadczenia człowieka, odpowiada na jego pragnienia, dostarcza mu nadziei w życiu oraz czyni je sensownym

Na początku trzeba zaznaczyć, że system prawd wiary (na pewno chrześcijański) nie stoi w sprzeczności z nauką (co wiele razy wykazywałem), lecz go zakłada. W dodatku ma bardzo dużo do zaoferowania jeśli chodzi o potrzebę sensu człowieka i wszechświata, dostarcza mu siły w słabych chwilach, daje solidną podstawę do budowania relacji i rodziny, a więc także i społeczeństwa. Nie trzeba więc być filozofem, żeby zobaczyć, że wiara religijna jest szalenie bardziej atrakcyjna dla człowieka niż wszelka forma ideologii naukowych.

Wniosek
Na podstawie punktów pierwszego i drugiego dochodzimy do pewnej formy Zakładu Pascala: albo istnieje Bóg, który się o nas troszczy i z którym możemy wejść w relację albo nasze życie to absurd pełen trudów i cierpienia, wiara w Boga nie ma sensu. Jeśli wybierzemy to pierwsze, to nasze życie będzie szczęśliwsze i pełniejsze niż w drugim przypadku.

Cóż wybrałby człowiek racjonalny? Z pewnością wiarę w Boga, gdyż ta daje mu perspektywę, która lepiej opisuje świat, w którym żyje, daje mu nadzieję i siłę do radzenia sobie z trudnościami, pozwala mu lepiej przeżywać cierpienie i porażki, oraz nadaje temu wszystkiemu sens.

Największy dylemat racjonalisty

Taki wniosek może jednak może ciągle budzić niepokój. Jak mówił pewien wojujący ateista, Christopher Hitchens: jest spora przepaść pomiędzy uznaniem tego, że jakaś rozumna siła stworzyła świat, a wiarą w to, że Bóg wysłuchuje moich modłów lub że nie powinienem uprawiać seksu w określonej pozycji.

To bardzo zasadne zastrzeżenie. W skrócie można je wyrazić następująco: nawet jeśli Bóg gdzieś istnieje, to skąd pewność, że nas słucha i się o nas troszczy?

Tutaj dochodzimy do definicji wiary. Bardzo trafne wydaje mi się porównanie tego do zaufania w małżeństwie, które stworzył jeden z moich profesorów: mogę zakładać, że moja żona mnie kocha, bo mi to mówi codziennie, bo mnie przytula, bo poświęca dla mnie dużo czasu i energii itp. Ale skąd mogę wiedzieć, czy nie udaje, zdradzając mnie jednocześnie z listonoszem? Przecież to możliwe! Tego jednak wiedzieć nie mogę. Tutaj po prostu jej ufam.

Przykład wiary w miłość żony to właśnie jedno z przekonań „branych na wiarę”, których nie możemy uzasadnić. Ale wierzymy w nie, bo 1) nic jawnie nie świadczy o tym, że jest inaczej (np. nigdy nie widzieliśmy żony flirtującej z listonoszem); 2) wszystko na to wskazuje, ale możemy sobie wyobrazić, że wcale tak nie jest; 3) chcemy w to wierzyć. W związku z tym po prostu ufamy lub, mówiąc bardziej obrazowo, za-wierzamy tej drugiej osobie, że nas kocha i jest szczera. Czy taka wiara jest irracjonalna? A skąd!

Przez analogię możemy spojrzeć teraz na opór racjonalisty przed uwierzeniem w Boga: 1) nie mamy żadnego ważnego dowodu, że Boga nie ma; 2) wiele zjawisk i zależności na wskazuje na to, że Bóg jest (stworzenie świata, dostrojenie ewolucji, cuda, wiarygodność świętych pism i mistyków); 3) chcemy w to wierzyć (każda cywilizacja ma jakąś formę religii), bo to całkowicie zmienia nasze życie – nadaje mu sens, usprawnia nas do radzenia sobie z cierpieniem, które spotykamy, pomaga nam być lepszymi ludźmi itp.

Można postawić jeszcze jedno pytanie: jak to zrobić? To dylemat wielu ludzi, którzy chcieliby wierzyć, ale nie jakoś potrafią. Tego nie wiem, choć może warto zaznaczyć to, co już było wspomniane: wiara nic nie da jeśli będzie zaakceptowaniem stwierdzenia na poziomie intelektu – to ma być raczej całościowe zaangażowanie w daną prawdę: czyli obejmujące poziom emocji, woli i intelektu. Wtedy dopiero może zapewniać sens, dawać nadzieję i przynosić głębsze zrozumienie.

Przedstawione tutaj wywody na pewno nie są wystarczające do tego, żeby niewierzący stali się wierzącymi. Mają raczej pokazać tylko, za wiarą religijną stoją pewne racje, koło których racjonalista nie może przejść obojętnie. Jednak każdy może na chwilę zawiesić racjonalizm wedle uznania, bo np. ma złe skojarzenia z religią. Mi jednak chodzi tylko o to, żeby pokazać, że wiara religijna w żaden sposób nie kłóci się z ideą racjonalności, ale wręcz ją poszerza. Dlatego nazywanie ateistycznych światopoglądów racjonalnymi jest wypaczeniem tego słowa. Jeśli więc racjonalista szuka zadowalających odpowiedzi, to z powodzeniem może dojść do wiary religijnej (quod erat demonstrandum), co znacznie poszerzy jego perspektywę postrzegania świata i otworzy go na dalsze poszukiwania.

6 komentarzy

  1. pp
    ·

    Nie wiem stary, wydaje mi się, że jednak trochę pokręciłeś.
    Ogólnie: czym innym jest wykazywać, że coś z czymś jest niesprzeczne, czym innym, że „człowiek racjonalny wybierze wiarę religijną”. I choć zgadzam się z obiema tezami, to nie wiem czy je *wykazałeś*.

    Najpierw piszesz: „Racjonalista przyjmuje za wiedzę takie stwierdzenia, które są dostatecznie uzasadnione”. Czyli mogłoby się wydawać, że mówimy o WIEDZY, pozostajemy w obrębie standardowej logiki (problem prawdy/fałszu), a problem jest epistemologiczny – skąd wiemy, że coś jest prawdą albo fałszem?
    Potem piszesz: „przez określanie czegoś racjonalnym będę miał na myśli to, że przemawiają za tym racje, które są zrozumiałe i akceptowane przez innych (…) nie trzeba wewnętrznego objawienia”. Tu już nie wiadomo, czy chodzi o wiedzę, czy o filozofię praktyczną – jak postępować? (logikę deontyczną, czy świat wartości nie bardzo się do do niej sprowadzający).
    No a to jednak dwie różne rzeczy.

    Czym innym jest stwierdzić, że racjonalnym jest postępować tak jakby Bóg był i założyć, że cały metafizyczny i etyczny system jest prawdziwy BO: 1) to nam tłumaczy czego nauka nie tłumaczy; 2) to pokazuje nam drogę do szczęścia; i 3) to szczęcie, wraz z sensem życia, gdy żyjemy w zgodzie z tą drogą, nam daje – w tym sensie przez „racjonalny” rozumiesz „dobry/słuszny/adekwatny” jak w filozofii konsekwencjalistycznej – JEŚLI celem człowieka jest mieć *poczucie* że rozumie jak najwięcej wszechświata ORAZ osiągnięcie szczęścia (skąd te założenia?), TO wiara w Boga jest racjonalna, bo prowadzi do tych celów lepiej niż jej brak;

    a czym innym jest stwierdzić, że racjonalnym jest uznać, że Bóg *naprawdę” istnieje – uznać twierdzenie „Bóg istnieje” za zdanie prawdziwe – czyli, że zdanie to jest metafizycznie *uzasadnione* i można je przyjąć nie odwołując się do pozarozumowych przesłanek.

    Z tego, że coś jest konsewkencjalistycznie *dobre* – założenie tego daje nam poczucie wiedzy, sensu i szczęścia – nie możesz wyprowadzić, że jest metafizycznie prawdziwe, tzn. że założenie nie jest kontrfaktyczne.

    Jeśli zaś za Prawdę człowiek racjonalny uznaje twierdzenia uzasadnione;
    a uzasadniamy że *opłaca się wierzyć*, że Bóg jest, a nie że Bóg faktycznie jest;
    to czy człowiek racjonalny wybierze smutek i prawdę pewną, czy też szczęście i prawdę spekulatywną?
    Tego twoja definicja nie tłumaczy.

    A moje pytanie brzmi: dlaczego mamy zakładać, że to RACJONALIZM prowadzi nas do wiary w Boga? Wielu prowadzi do niej właśnie objawienie i osobiste doświadczenie DUCHOWE, a nie rozumowe. Czy w tym jest coś złego?
    Czy nie możemy przyznać, że istnieją dwa równoprawne porządki, które może nie są za sobą sprzeczne, ale z siebie nie wynikają (czy też słabiej: wiara nie wynika z rozumu?).

    Odpowiedz
    1. Jakub Pruś
      ·

      Przemo, wielkie dzięki za komentarz! Miałem cichą nadzieję, że ktoś zwróci na to uwagę, a nie chciałem komplikować tego i tak już zbyt długiego i wystarczająco zawiłego tekstu jeszcze bardziej. Teraz będę mógł wejść w szczegóły i używać nieco bardziej wyrafinowanych argumentów 🙂
      No więc:
      1) Tytuł artykułu (czy racjonalista może być religijny) jest nieco inny niż broniona w nim teza (racjonalnie jest wierzyć), to prawda. Niech to Cię jednak nie zwiedzie, bo tytuł jest tylko po to żeby łatwiej było kliknąć, natomiast właściwy opis przedstawionej argumentacji znajduje się w leadzie. Co więcej, żeby dowieść drugie, trzeba oczywiście udowodnić (lub założyć) także pierwsze, bo coś nie może być racjonalne, jeśli z ideą racjonalności jest sprzeczne. Tekst jest jednak bardziej ambitny, bo porywa się na to drugie, pierwsze tylko pokrótce wyjaśniając.
      2) Pojęcie „racjonalizmu ” rozumiem tu nieco bardziej powszechnie niż robią to historycy idei, jak wynika z mojej bardzo obszernej definicji, którą przytoczyłeś: racjonalne może być także zachowanie (!), jeśli stoi za tym intersubiektywne i komunikowalne „ratio”. A więc jest tak, jak napisałeś dalej: przede wszystkim bronię tezy, że racjonalnie jest wierzyć. Jednak wiara nie może wymagać zadowolenia się „prawdą spekulatywną” na rzecz szczęśliwszego życia. Dlatego, jeśli racjonalnie jest wierzyć, to TAK SAMO RACJONALNIE JEST PRZYJĄĆ TĘ ONTOLOGIĘ.
      Ciężko jest uwierzyć par excellence, jeśli zrobisz to tylko i wyłącznie dla konsekwencji (np. wierzysz w Potwora Spaghetti, dlatego że chcesz żyć dłużej, a statystycznie wierzący w Potwora Spaghetti żyją dłużej). Żeby uwierzyć (w sensie „emunah”) trzeba zaangażować się w to całym sobą, a więc także uznać pewne metafizyczne stwierdzenia za prawdziwe. Pytanie konkursowe brzmi: czy racjonalista może to zrobić? Tutaj dochodzimy do gwoździa dowodu:
      3) Z Zakładu Pascala-Prusia (ładnie to brzmi :D) są tylko dwa wyjścia – nie ma „wstrzymania się od głosu”, gdyż agnostycyzm sprowadza się tutaj do ateizmu. Jeśli więc racjonalista jest „przyciśnięty do muru”, to musi wybierać to, co jest bliższe jego racjonalności. A więc może: (A) wybrać nie-istnienie Boga, czyli ŻYĆ TAK, JAKBY NIE ISTNIAŁ, czyli po prostu wybrać ateizm z jego założeniami, teoretycznymi problemami, ograniczonym polem badawczym i mało atrakcyjnymi konsekwencjami lub (B) uwierzyć w istnienie Boga i przyjąć założenia systemu teistycznego i móc ze „spokojną głową” zaangażować się całym w religijne przeżywanie życia. Bardziej obiecująca i płodna perspektywa intelektualna (bardziej płodny opis świata) oraz etyczna (sens życia, szczęście itp.) będzie dla niego wystarczającym „ratio”, bo ŻADNE INNE NA POZIOMIE META-TEORII NIE ISTNIEJE.
      Ujmę to jeszcze lepiej: mając dwa konkurencyjne systemy twierdzeń z różnymi paradygmatami, gdzie oba są niesprzeczne i mają jakąś moc eksplanacyjną oraz jakieś konsekwencje praktyczne, żadnego z tych paradygmatów nie możesz udowodnić „w próżni”, bo zawsze trzeba by oceniać je wewnątrz jakiegoś innego systemu/paradygmatu jak pokazywali Popper i Kuhn. Jeśli jednak jeden z tych systemów ma większą moc eksplanacyjną, szerszy obszar badanej rzeczywistości, a w dodatku jego konsekwencje praktyczne są „o niebo” (:P) lepsze niż ten drugi, to przy pomocy założenia, że racjonalnie jest wybierać to, co dobre i korzystne, możesz uznać je za bardziej racjonalne.
      Powiesz, że to jest czysty konsekwencjonalizm/pragmatyzm, a ja się z Tobą po części zgodzę. A właściwie powiem, że jest to pragmatyczne uzupełnienie podstaw racjonalizmu.
      4) „Młotek” dowodu – bez którego gwoździa nie wbijesz – składa się z zarysowanej definicji wiary religijnej: uznanie czegoś na poziomie metafizycznym nie jest jeszcze wiarą (rozumiane jako za-wierzenie), a jest nią dopiero pełne zaangażowanie się w tę prawdę/życie-tak-jakby-od-tego-zależało-wszystko. To czyni Twoje rozróżnienie na prawdę pewną i spekulatywną zbędnym w tej kwestii.
      Uff, dzięki, że mogłem to od nowa przemyśleć, no i czekam na odpowiedź, ściskam mocno!

      Odpowiedz
      1. PP
        ·

        Odpiszę Ci tu przyjecielu, bo kończę doktorat i miewam dłuższe posty od fejsbuka – na taką yntelektualno prokrastynację mogę sobie pozwolić, ale na to, że wciągnie mnie skrollowanie fejsa z wywalonym jęzorem już nie. Odpowiedź tam widziałem, ale nie zdążyłem ustosunkować się w okienku czasowym. Jeśli tam się toczy jakaś dyskusja, to oczywiście feel free żeby komentarz przekleić.
        WYszło to bardzo długie (bo nie mam czasu skracać..) więc pozwól, że temat poszerzania wiedzy narazie zostawię na boku (choć i tam się chyba nie zgadzam wciąż) i skupię na konsekwencjalizmie.

        Dobra, widzę, gdzie się nie zgadzamy. Piszesz:
        „Dlatego, jeśli racjonalnie jest wierzyć [[działać – pp]], to TAK SAMO RACJONALNIE JEST PRZYJĄĆ TĘ ONTOLOGIĘ.
        Ciężko jest uwierzyć par excellence, jeśli zrobisz to tylko i wyłącznie dla konsekwencji.” i passim, że wiara to jakby dwa kroki, gdzie metafizyczny jest konieczny by wykonać drugi; i że żeby żyć tak jak wiara nakazuje (co jest drugim krokiem) to trzeba przyjąć postulowaną przez wiarę ontologię.

        Otóż nie, nie trzeba; i krok pierwszy nie jest krokiem koniecznym by wykonać drugi.
        By posłużyć się wytartymi terminami, mamy 4 opcje: wierzący-praktykujący (ten, kto według Ciebie wierzy, za-wierza – jako praktykę mam tu na myśli nie tylko udział w rytuałach, ale kierowanie się nakazami wiary we wszystkich sferach życia i działania); wierzący-niepraktykujący (tylko pierwszy krok), niewierzący-niepraktykujący (Twój ateista) i niewierzący-praktykujący (ktoś kto odmawia statusu prawdy metafizyce religijnej, ale żyje tak, jakby, przyjemniej jej część, była prawdą).
        Mnie interesuje możliwość ostatnia.
        Pozwól, że najpierw wyłożę co takie stanowisko miałoby oznaczać i jak się broni jako „racjonalne”;
        a potem dlaczego uważam, że warto się nad nim, jako realnym zjawiskiem, a nie tylko teoretycznym konstruktem, pochylić.

        Stanowisko, które mam na myśli, można by oddać tak:
        „Jestem ontologicznym materialistą, tzn. uznaję, że istnieje tylko materia i bardziej złożone przedmioty nad nią nadbudowane (zarówno ludzka świadomość, jak i społeczne instytucje i konstrukcje działające na poziomie intersubjective acceptance, jak i wiedza skumulowana w nośnikach wytworzonych przez ludzkość. Tak np. Searle (1995), „The Construction…”. Innymi słowy, odmawiam istnienia czemukolwiek czego nie da się zbadać przy pomocy metody empiryczno-matematycznej.
        Z tego założenia nie wyprowadzam bynajmniej tezy, że nauka wszystko może wyjaśnić i wytłumaczyć, ani nawet że kiedykolwiek będzie mogła.
        Dlaczego?
        Ponieważ świat w którym żyjemy jest zajebiście, ale to zajebiście skomplikowany.
        Istota ludzka, z jej pragnieniami, potrzebami, emocjami, całą głębią przeżyć w świadomości i podświadomości, jest bytem tak bardzo złożonym, że choć uważam, że istnieje tylko matter-up, to nie twierdzę, że kiedykolwiek wyjaśnimy ją w 100%, o życiu społecznym już nie wspominając (być może nigdy nie uczynimy z psychologii czy socjologii czegoś na kształt fizyki newtonowskiej).
        Z problemem tym (złożoności człowieka i społeczeństwa) borykają się ludzie od narodzin pre-filozofii, czyli bardzo długo. Oni nagromadzili ogromną ilość obserwacji i przemyśleń, które ubrali w systemy tak, jak potrafili.
        Nasi przodkowie zauważyli, że ludzie mają potrzebę coś czcić. Że ludzie się boją o przyszłość. Że boją się śmierci. Zauważyli, że gdy ktoś klęka i przez 30 minut modli się/medytuje, to staje się spokojniejszy i ma więcej siły. Zauważyli, że dziwną radość daje im działanie nie dla korzyści własnej, lecz innych. Nie wiedzieli DLACZEGO tak jest, ale wiedzieli, że tak po prostu jest. Do tego, nie umiejąc wyjaśnić skąd wziął się świat i jak działa, wymyślili Boga. Na rynku bogów było bardzo dużo propozycji, ostatecznie jednak, metodą naturalnej selekcji, pozostały te, które najlepiej (pewnie przypadkowo) odpowiadały potrzebom użytkowników. Ludzie, jak pisał Feuerbach, stworzyli Boga na swój obraz i podobieństwo.
        Absolutnie nie twierdzę, że była w tym jakakolwiek zła wola czy kłamstwo, czy manipulacja – oni naprawdę tak uważali. Nie umieli wytłumaczyć dlaczego sens życia i szczęście daje im ofiara, miłość, uczestnictwo w rytuałach i modlitwa – ale zaobserwowali to i nazwali, jak umieli.
        Ludzie po prostu tak mają. Taka już jest ludzka „natura”, jeśli zdefiniować „naturę” jako totalność cech.
        Dlatego, posługuję się tym zgromadzonym dorobkiem. Codziennie medytuję. Robię coś na kształt „rachunku sumienia”, bo chcę być dobrym człowiekiem. Staram się być dobry dla ludzi, staram się walczyć o ludzką godność, o miłość, o solidarność. Bo wiem, że czyni to szczęśliwszym tak mnie, jak i innych ludzi.
        Nie mniej – to wszystko jest W CZŁOWIEKU. Nie ma żadnego Boga somewhere out there.
        Jeśli zakładam jakąkolwiek ontologię, a zakładam, to taką o jakiej pisał Kołakowski w „Jezusie Ośmieszonym”. Jezus, czy Budda, istnieją jako archetypy w kolektywnie zgromadzonej przez pokolenia wiedzy. Istnieją jako symbole. Istnieją teksty, które o nich mówią. Istnieją instytucje. Istnieje więc szereg dyrektyw postępowania, z tekstów i tradycji wyprowadzanych, przez specjalistów udoskonalanych. Istnieją ludzkie przeżycia i przekonania. Jezus istnieje dla wierzącego człowieka tak, jak dla małego dziecka istnieje Święty Mikołaj, gdy postanawia być grzeczne, bo wie, że on patrzy. w jego głowie.
        Ale nie istnieje żaden Bóg w sensie metafizycznym, poza światem materialnym. Nie ma życia po śmierci. Choć fajnie jest żyć tak, jakby obydwa istniały. Praktykuję ćwiczenia, jak „ostatni dzień życia”, staram się pomyśleć co by było gdybym stanął przed Bożym sądem. Bo czyni mnie to lepszym człowiekiem. Ale nie wierzę w żadnego Boga.
        Powiesz, że sama koncepcja „lepszego człowieka” jest religijna. I ja się z Tobą zgodzę. Uważam, że jest trafnie sformułowana, choć doprowadziła nas do kłopotliwych metafizycznych złożeń jako by-product.
        Podsumowując: nie odmawiam mądrości ani „racjonalności”, w sensie prowadzenia nas do lepszych konsekwencji, stworzonym przez mądrość wielu pokoleń systemów wiary. Ale odmawiam im prawdy w sensie metafizycznym. Są tylko konstruktem społecznym. Bo w istocie, były tylko próbą ubrania w system szeregu obserwacji na temat CZŁOWIEKA i społeczeństwa; obserwacji których wciąż nie potrafimy ubrać w system, który można by nazwać naukowym. Nie mówię, że mam pewność, że Ty się mylisz, wierząc w Boga. Nie mam też 100% pewność, że ja się nie mylę. Ale świat, który zakładam, daje mi odpowiedzi na wszystkie pytania, na które odpowiada religia, a uważam, że wygrywam, bo zakładam mniej bytów. Ockham high-five.”

        Teraz, jak pisałem wcześniej (teraz już mówię ja, Przemek, nie mój postmodernista-racjonalista) – to nie jest stanowisko tylko teoretycznie możliwe, które generuję na potrzebę znalezienia, na siłę, dziury w Twoim argumencie. Jest to stanowisko które oddaje to co myśli większość post-religijnych ludzi z mojego otoczenia. Wojujący ateiści typu Dawkinsa nie są ani większością, ani realnym problemem. Może są „potrzebni” w Stanach, czy krajach takich jak Polska, ale w krajach, w których materializm zwyciężył (Zachodniej Europie) i nie trzeba już walczyć z religią (przynajmniej chrześcijaństwem) bo została pokonana i wyrugowana z przestrzeni publicznej, intelektualnie uczciwi ludzie zaczynają przyznawać, że religia to nie tylko system opresji, ale ma bardzo wiele do zaoferowania. Mnóstwo moich znajomych (wiem, argument anegdotyczny, ale trochę danych to czasem lepiej niż żadne dane) medytuje pół godziny dziennie, czyta pisma chrześcijańskich i wschodnich mistyków (jest wielki renesans św. Ignacego), chce walczyć o ludzką godność, jest skłonna do poświęcenia, pomagania innym kosztem swego czasu itd. Bo takie zachowanie jest „racjonalne” – daje sens i daje szczęście.
        Ale Bóg, powiedzieliby, był tylko narzędziem do ubrania tego w słowa i system. Tego co siedzi w ludzkiej głowie i co umiemy zauważyć, ale nie umiemy (jeszcze) wyjaśnić.

        Wiara w sensie metafizycznym (pierwszy krok) wynika z przeżycia, z relacji z Bogiem. Pozostaje na poziomie duchowym, którego nie da się wyjaśnić czy opowiedzieć. Na poziomie, który wielu ludzi byłoby skłonnych uznać za skomplikowane, podświadome, ale ostatecznie tylko działanie naszych mózgów, a my uznajemy z Prawdę.
        Ale uznajemy bo wierzymy, a nie uznajemy, bo wiemy.

        Na tym polega mój problem z próbą udowadniania, że wiara, w szczególności metaphyscial committment, jest „racjonalna”.
        Bo NIE jest. Bo w swej istocie polega na tym, że jest POZA systemem empiryczno-matematycznym – i jeśli będziemy próbowali wejść na teren tego systemu, to przyjacielu, przegramy.

        Nie ma nic złego w „leap of faith”, nie ma nic złego w tym, że nie ma racjonalnych (w sensie wiedzy, nie wnioskowania z konsekwencji) przesłanek za uznaniem metafizyki chrześcijańskiej, bo od początku nie miało ich być.

        In short: można być praktykującym wiarę, „za-wierzającym”, ale niewierzącym – ucznić tylko drugi krok. W tym sensie, wiara nie jest nie-racjonalna. Nie ma racjonalnego argumentu przeciw wierze w sensie ontologicznym. Ale z tego nie wynika, że wiara jest racjonalna w sensie ontologicznym. Nie trzeba zakładać tej ontologii, bo można twierdzić, że konsekwencje są dobre, choć wyprowadzone błędną (ontologicznie) metodą.

        Odpowiedz
        1. JP
          ·

          Super stary, mamy to coraz jaśniejsze:
          Otóż cały trick MOJEGO (jestem w stanie argumentować również, że chrześcijańskiego) pojmowania wiary, (patrz Ojcowie Kościoła lub encyklika Lumen Fidei) polega na tym, że nie uważam żeby było możliwe WIERZENIE, które prosto oddaje wers Taco Hemingway’a „Jestem ateistą, ale niech mi Dobry Pan pomoże”. Dlaczego? Bo w OSOBISTYM doświadczeniu śmierci (np. brata lub żony) taka wiara nie zdaje próby, bo po prostu pęka. Jeśli wiara religijna miałaby być czymś, co spaja cywilizację bądź daje Ci poczucie bezpieczenstwa lub sprawia, że jesteś milszy dla sąsiadki, to nie przetrwa takiej próby, bo wstrząsa całym światem, który znasz, mówiąc obrazowo.
          Jeśli zaś, na przykładzie twoich znajomych, praktyka religijna/duchowa potrafi sobie poradzić z takimi próbami najcięższego kalibru, to myślę, że rzeczywiście jest już wiarą, o której ja mówię, a więc taką, w której zlewa się metafizyka i praktyka: wierzenie yntelektualne i życie. Mówiąc bardziej obrazowo:
          jeśli ktoś przetrwał śmierć swojej córki dzięki modlitwie, to nie będzie w stanie powiedzieć czegoś w stylu: (a) „nie sądzę, że Bóg istnieje, ale medytuję Jego Obecność, bo mi to poprawia nastrój”, lecz powie raczej: (b) „Bóg MUSI istnieć, bo tylko to sprawia, że cokolwiek jeszcze ma sens”. Ta drobna różnica między (a) i (b) jest dla mnie kluczowa, bo to drugie, to właśnie forma mojego Zakładu Pascala, a pierwsze Wittgensteinowska forma praktyki relogijnej bez religijnej metafizyki, którą łykają wspomniane postmodernistyczne środowiska quasi-racjonalistów.
          Argumentację moją jak widzisz uzupełniam egzystecjalnymi eksperymentami i w ten sposób próbuję coś filozoficznego zbudować 🙂

          Odpowiedz
          1. pp
            ·

            Zgoda!
            Ale:
            1) takie skrajne sytuacje zdarzają się jednak nie wszystkim, i jednak nie zbyt często; a wiara to sprawa codzienności;
            2) czy człowieka, który podejmuje decyzję – nawraca się, uznaje, że Bóg jednak MUSI istnieć – w momencie, w którym ma do czynienia z ogromną tragedią, śmiercią dziecka, nieuleczalną chorobą itp. nazwalibyśmy w tym momencie rozumującym i działającym RACJONALNIE?

          2. Jakub Pruś
            ·

            Eh bien, trzeba jednak powiedzieć, że na życie składają się również i takie sytuacje, a więc dobierając „system metafizyczny” racjonalnie byłoby (tak mi się wydaje) wybrać taki system, który najlepiej (najdokładniej i „najkorzystniej”: James-high-five) opisze te sytuacje i uzdolni do poradzenia sobie ze wszystkimi doświadczeniami: ekstremalnymi i codziennymi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *