Czy małżeństwo to GAME OVER?

Przestarzała instytucja, szereg zobowiązań, niepotrzebna formalność, koniec wolności albo schyłek wszelkiej uciechy z życia. Niektórzy nawet twierdzą, że małżeństwo jest zaprzeczeniem miłości – tej namiętnej i nieujarzmionej energii, która wymyka się wszelkiej formalizacji. Ile jest prawdy w tych popularnych sloganach i czy małżeństwo to rzeczywiście GAME OVER? 

Ten temat jest mi teraz wyjątkowo bliski, bo za dwa tygodnie dotknie mnie bardzo konkretnie – tzn. żenię się. Więc jak na filozofa przystało, postanowiłem podejść do rzeczy również intelektualnie i zastanowić się nad tym, czym jest małżeństwo i co jest prawdą z tego, co się o nim mówi.

Rzecz jasna, zdaję sprawę z tego, że moje doświadczenie małżeństwa jest żadne, bo nigdy nie byłem mężem (mógłbym się ewentualnie wypowiadać jako pośredni beneficjent małżeństwa moich rodziców), ale nie chodzi tutaj o wiedzę z doświadczenia, lecz ujęcie czysto konceptualne. Zacznijmy od tego jak ludzie rozumieją małżeństwo.

Tradycja, rytuał i zniewolenie

Gdy przyglądam się temu jak przedstawia się małżeństwo w popkulturze lub jak je rozumie moje pokolenie (lata 90′), to mój zapał do małżeństwa lekko słabnie. Powszechnie uważa się je za przestarzałą formę nikomu niepotrzebnej instytucji, rytualną celebrację, która dla wielu sprowadza się właściwie do przyjęcia weselnego (głównie dla rodziny). Co poniektórzy widzą w tym jakiś mechanizm dający stabilizację całej rodzinie i ład społeczny. Ale poza tradycją i stabilizacją to raczej mało atrakcyjny obrzęd, który nie ma żadnej wartości dodanej.

No bo, czy wybór jednego człowieka na towarzysza całego swojego życia, ślubowanie mu wierności, skazywanie się na jego towarzystwo, temperament, nawyki i humory nie jest SAMO-ZNIEWOLENIEM SIĘ? Czy to nie szaleństwo żeby dwudziestoparoletni człowiek ślubował wierność aż po grób jakiemuś innemu (młodemu) człowiekowi? Przecież zarówno jedna jak i druga strona będzie widzieć życie, siebie, świat i tę drugą osobę całkiem inaczej za pięć, trzynaście czy dwadzieścia osiem lat!

Tę wątpliwość można jeszcze wzmocnić: wyobraźmy sobie, że moja żona cztery lata po ślubie ulega poważnemu wypadkowi i resztę życia musi spędzić w łóżku pod stałą opieką drugiej osoby (zob. piękny film w tym temacie Amour). Wówczas okazuje się, że zamiast atrakcyjnej i przebojowej kobiety, której ślubowałem miłość, mam za żonę przykutą do łóżka, schorowaną istotę, która pogrzebała wszystkie moje plany na wymarzone życie.

A zatem biorąc pod uwagę ryzyko zmian ciała, charakteru, poglądów, upodobań, zachowań, a także szansę nieszczęśliwych wypadków, to czy w ogóle warto cokolwiek ślubować w ciemno? Czy właśnie tym nie jest małżeństwo – skokiem w ciemność, w wyniku którego może okazać się, że poświęciliśmy całą naszą wolność na rzecz spędzenia życia obok osoby, która przeobraziła się w całkiem innego człowieka?

A może jednak pełnia wolności?

Na to pytanie można sobie szybko odpowiedzieć prostym eksperymentem myślowym: „Czy chciałbym być kochany niezależnie od tego jakie wybory podejmuję, jakim deformacjom ulegam i jakie błędy popełniam?”. Lub inaczej: „Czy gdzieś głęboko nie pragnę takiej miłości, która obejmie mnie takiego jakim jestem naprawdę, bez zasługiwania sobie na nią?”. A odnosząc się do skrajnego przykładu pytanie zabrzmi: „Czy chciałbym być kochany nawet wtedy, gdy ciężko zachoruję i stanę się beznadziejnie bezużyteczny, nudny lub schorowany?”. Wydaje mi się, że jeśli zbadamy to, czego najbardziej pragną nasze serca, to otrzymamy tę samą odpowiedź.

Oczywiście nie da się wszystkich pragnień sprowadzić do tego jednego, bo przecież tak samo jak pragniemy otrzymywać afirmację, tak samo pragniemy dawać ją komuś; wysilać i starać się dla dobra Drugiego. Podobnie również pragnienie samorozwoju przeżywa się najlepiej, gdy rozwijamy się dla kogoś. Chyba najprościej ujął to Augustyn (IV w.) w słowach: jedyną troską moją to kochać i być kochanym. Wydaje mi się, że móc w takiej miłości uczestniczyć i móc taką miłość dawać to najgłębsze co w człowieku siedzi.

Jeśli więc to, czego pragniemy to przede wszystkim taka miłość, w której możemy otrzymywać i dawać, to małżeństwo nie wydaje się już więcej zniewoleniem, ale jest wybraniem tego, czego pragniemy najbardziej, czyli jest najlepiej wykorzystaną wolnością.

Ale czy ta cała odpowiedzialność jest potrzebna w miłości?

Tu trzeba zwrócić uwagę na jedną rzecz. Jeśli relacja ma być obustronna, to nie można tylko marzyć o profitach z niej płynących w oderwaniu od obowiązków, bo jak zaraz pokażę, na dłuższą metę profity te znikają całkowicie. 

W prostych słowach chodzi o to, że miłość bez odpowiedzialności (którą niesie za sobą małżeństwo) nie daje drugiej stronie pewnego punktu oparcia – świadomości, że jest się kochanym w całości. Im więcej obserwuję życie różnych par, tym bardziej dostrzegam, jak bardzo potrzebny jest w związku fundament – podstawowe założenie przyjęte przez obie strony, że „ja kocham ciebie bardziej niż siebie niezależnie od czy jesteś ładna, odnosisz sukcesy, czy miło się z tobą spędza czas”. To przeniesienie akcentu z siebie na tę drugą osobę (które wokalista Luxtorpedy wymownie określił „postawieniem TY przed JA”) wydaje się być warunkiem koniecznym każdej głębokiej i szczerej relacji. 

Gdy natomiast owego zrezygnowania z egoizmu zabraknie, to wówczas zaangażowanie się w relację przestaje być pełne, lecz jest raczej kontraktem na określonych warunkach – związkiem „o tyle, o ile”. Naturalne jest wtedy, że gdy druga osoba czuje, że nie dostaje wszystkiego i że nie jest przyjęta w całości, to jej oddanie się i zaangażowanie również nie będzie pełne. Gdy zaś jest odwrotnie – kiedy oddajemy się cali drugiej osobie i przyjmujemy ją taką, jaka jest, to również i ona odwdzięcza się pełnym oddaniem i wierną miłością (lub przynajmniej próbuje). Choć na wirtualnym papierze to wydaje się strasznie proste, to jestem przekonany, że większość problemów w relacjach (także w małżeństwach) się o to rozbija.

Zgodzimy się więc, że związek, w którym partnerzy nie biorą odpowiedzialności za swoje czyny i nie obiecują sobie miłości, (wierności, uczciwości itp.) nie może być prawdziwie przeżywany jako miłość. Małżeństwo jest czymś, co to ułatwia, ale po pierwsze, tego nie gwarantuje, a po drugie, nie musi być jedyną drogą do osiągnięcia takiej miłości (choć trudno mi pomyśleć jakaś lepszą formę relacji wprowadzającej w miłość nie-egoistyczną, odpowiedzialną, obustronną i oblubieńczą).

Nadal jednak niektórzy mogą upierać się, że ta „skostniała instytucja urzędowa/kościelna” jest karykaturą namiętnej i nieogarnionej miłości, która – jak mówią poeci – rozsadza szkielet wszystkich form, w które się ją wpycha.

Małżeństwo – zaprzeczenie miłości?

Ten mit o małżeństwie bierze się z dość ograniczonego pojmowania miłości, którą myli się z zakochaniem. To dość popularne pomieszanie dwóch różnych rzeczy, więc musimy je jasno oddzielić. Zakochanie jest więc stanem uniesienia emocjonalnego, uczuciem. Każdy, kto miał styczność z człowiekiem zakochanym wie, że ów stan obsesji jest od niego raczej niezależny, bo nie da się wybrać kto i kiedy zawróci mi w głowie.

Miłość zaś jest wyborem – znaczy to, że ja sam postanawiam, że będę robił wszystko, żeby ta kochana osoba była szczęśliwa i że będę jej wierny – że po prostu będę ją kochał. Widać więc jasno, że są to dwie różne od siebie rzeczy: zakochanie jest stanem na poziomie emocji, a miłość jest wyborem na poziomie woli. Rzecz jasna, dużą rolę w podjęciu tego wyboru pełnią emocje, ale wciąż są to dwie różne kategorie istnienia.

Bardzo prawdopodobne jest, że jeszcze zakocham się w życiu kilka razy i to nie we własnej żonie – czy wówczas przysięga małżeńska będzie zaprzeczać miłości, która (błędnie rozumiana) miałaby pociągać w stronę zaspokojenia emocjonalnego?

Oczywiście, że nie. Miłość będzie raczej siłą, która przemoże stan emocjonalny i mądrością, która będzie podpowiadać w jaki sposób unikać okazji do rozbuchania tego uczucia. Można wiec ustalić, że miłość może współpracować z zakochaniem, choć wcale nie musi (jak doradzają wieloletnie małżeństwa, trzeba tak przeżywać tę relację, żeby można się było zakochiwać na nowo w tej samej osobie).

Tę przydługą refleksję nad fałszywymi wizjami małżeństwa można bardzo łatwo przekształcić w następujący (pozytywny) argument:

Zał. 1. Człowiek najbardziej pragnie być prawdziwie kochanym i móc prawdziwie kochać.
Zał. 2. Taka relacja prawdziwej miłości jest możliwa wówczas gdy dobro Drugiego stawia się nad własnym.*
Zał. 3. Małżeństwo – przez odpowiedzialność, którą przynosi – stwarza najlepsze możliwości do rozwijania takiej miłości. 

Wniosek: Małżeństwo jest najlepszą formą przeżywania miłości między kobietą a mężczyzną.

Ujęcie teoretyczne wydaje mi się opanowane. Mam tylko wielką nadzieję, że naszkicowany model małżeństwa nie okaże się kolejną konstrukcją umysłu filozoficznego, która, jak to już wiele razy miało miejsce w historii, jest oderwana od świata realnego. Cóż, nadchodzi czas weryfikacji empirycznej!

 

*Można z powodzeniem zauważyć, że taka rezygnacja z egoizmu również może być powodowana egoizmem (wyższego rzędu) – to jak najbardziej słuszna uwaga.

[Autor tekstu zastrzega sobie, że każda zawarta tu myśl może być wykorzystana przez jego przyszłą żonę.]

9 komentarzy


  1. ·

    Cytuję: „nie chodzi tutaj o wiedzę z doświadczenia, lecz ujęcie czysto konceptualne”

    Rugowanie doświadczenia stało się wymogiem wiary. Uff. To się może skończyć jak w Mt 15,14

    Odpowiedz
    1. Jakub Pruś
      ·

      Zbyszku, ja wcale nie ruguję doświadczenia, lecz skupiam się na wiedzy teoretycznej (konceptualnej), gdyż bez niej żadna w. empiryczna nie może zaistnieć 😉

      Odpowiedz

      1. ·

        Drogi Jakubie, możemy mieć dwa podejścia do słów: męskie i żeńskie. W pierwszym słowa znaczą to co znaczą i ten, co je wypowiada, bierze za nie odpowiedzialność.

        W drugim, słowa znaczą to, co wypowiadający chce aby znaczyły i żeby było ładnie, w zależności od potrzeby i nastroju, więc żadnej odpowiedzialności za słowo być nie może.

        Napisałeś, że chodzi ci o „ujęcie CZYSTO konceptualne”. W takim ujęciu NIE MA miejsca na doświadczenie, bo jest to ujęcie CZYSTO konceptualne.

        Wiem, że moje próby delikatnego zwrócenia Ci uwagi, będą bezowocne. Ale „nic to” jak mawiał mały rycerz z powieści Sienkiewicza.

        Bazując na czysto konceptualnym podejściu, jeden z największych umysłów wszechczasów – Arystoteles, popełnił oczywisty błąd, który następnie wskutek szacunku dla autorytetu był powielany przez całe wieki przez ludzi. Arystoteles powiedział, że prędkość spadania ciała zależy od jego ciężaru. A przecież… wystarczyło sprawdzić.

        Odpowiedz
        1. Jakub Pruś
          ·

          Mało korzystne dla kobiet jest Twoje rozróżnienie, ale do rzeczy: muszę Ci wrócić honor – przedstawione wyżej ujęcie nie jest CZYSTO konceptualne, lecz w wielu miejscach odwołuje się do doświadczeń w sposób niejawny (ciężko byłoby wykazać istnienie CZYSTO konceptualnego ujęcia w jakiejkolwiek materii poza matematyką). Tym się jednak moje ujęcie różni od dzielenia się doświadczeniem małżeństwa przez wieloletniego męża, że ja nie abstrahuje od własnego doświadczenia (indukcja), lecz raczej wychodzę od pewnych założeń dot. natury ludzkiej i próbuję ustalić wnioski z nich płynące (dedukcja). Wybacz, proszę, tę nieścisłość.

          Odpowiedz
  2. Krysian Niemiec
    ·

    Jakubie, przeczytałem całość, aby to strawić trzeba dużo czasu – przynajmniej dla mnie.
    W zasadzie mogłeś zacząć od:

    … Zał. 1. Człowiek najbardziej pragnie być prawdziwie kochanym i móc prawdziwie kochać.
    Zał. 2. Taka relacja prawdziwej miłości jest możliwa wówczas gdy dobro Drugiego stawia się nad własnym.*
    Zał. 3. Małżeństwo – przez odpowiedzialność, którą przynosi – stwarza najlepsze możliwości do rozwijania takiej miłości.

    Wniosek: Małżeństwo jest najlepszą formą przeżywania miłości między kobietą a mężczyzną. …

    i na tym skończyć.

    Odpowiedz

  3. ·

    Gratulacje! Nie życzę szczęścia bo samo nie przyjdzie trzeba je zbudować. Życzę sto lat w zdrowiu!

    Odpowiedz
  4. Krzysztof J
    ·

    Drogi Kolego,

    Dobrze piszesz. Miłość to świadoma decyzja i praca (ciężka praca), która przynosi piękne owoce. Najłatwiej to zrozumieć na przykładzie ojca i dorastającego dziecka. Okres zauroczenia maluchem mija bardzo szybko i miłość ojca objawia się w każdorazowej decyzji dot. pomocy dzieciakowi.
    Z małżeństwem jest tak samo.

    To tzw. „zauroczenie” (czy jak kto woli, „motyle w brzuszku”), to wielkie kłamstwo. Nie ma to nic wspólnego z miłością (chociaż może się to w miłość przerodzić), to raczej zwykła kaprys ciała (nazwijmy to „pożądliwością”). Nie da się na tym zbudować udanego małżeństwa.

    Dodam, że również przeżyłem bardzo intensywnie okres zauroczenia. Jednak z perspektywy czasu powiem, że prawdziwa miłość wraz ze wszystkimi jej słodyczami zaczyna się dopiero po !świadomym! ślubie i dopiero gdy cała ta fala hormonów opadnie.

    Mąż z 8-letnim doświadczeniem

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *